42 km/h rowerem w BMW. Więcej szczęścia niż rozumu

9 lipca 2016

Niektóre rzeczy wydają się mi niemożliwe, ale tylko do momentu aż się wydarzą. Przekonany o swojej nieśmiertelności zdarza mi się włączać w swoim organizmie małą fabrykę adrenaliny. Niestety moment refleksji przychodzi często po nieodwracalnych skutkach wydarzeń. Odpowiedzialność i adrenalina to dwa wyrazy, które nie występują razem – zdecydowanie.

Miałem dwie godziny czasu do zagospodarowania więc wybór nie był trudny. Mocno wieje? Pośmigajmy po mieście rowerem. (Muszę zainstalować kamerę na kasku. A nie. Ja jeżdżę bez kasku. Będę już ubierał kask na rower Mamo!)

Lubię jeździć po mieście, bo wiele się dzieje. Nie jest to żmudne nabijanie kilometrów w trasie, ale właśnie ta zmienność okoliczności oprócz tego, że jest największą zaletą wycieczek rowerowych jest również ich największą wadą. Po paru kilometrach zauważam dużego mobilka, przyklejam się do niego i myślę: „co za wariat, ponad 60km/h po mieście, jak za plecami ma z dwadzieścia ton.” Troszkę mi uciekł pod górkę, doganiam go z górki, za chwilę czerwone. Myślę sobie, że minę wszystkie samochody jak zawsze – środkiem, skoro są dwa pasy w jedną stronę. Nagle Tir odbija w lewo, okazuje się że nie ma miejsca między pasami, po lewej też nie, po prawej już nie zdążę, bo zatrzymam się na naczepie. Wybieram BMW. Na długo zapamiętam ten ułamek sekundy, w którym wiem, że jestem już bezradny. To co za chwile się stanie jest sumą moich decyzji, które podjąłem przed chwilą – nie ma już odwrotu. Hamowanie na nic się zdaje, uderzenie jest naprawdę konkretne. Leżę na ziemi i widzę, że świat na około się nie zatrzymał i dociera do mnie pierwsza dobra wiadomość – żyję. W jednej sekundzie zniszczyłem rower, chłopu beemkę i poturbowałem siebie. Jeśli kiedykolwiek miałeś stłuczkę czy wypadek z Twojej winy, to wiesz że uczucie chęci cofnięcia czasu o parę sekund zamienia się w mgnieniu oka w: „odjebałeś, już nic nie możesz zrobić”.

Chłop zdziwiony wychodzi z samochodu. Ja z poziomu ulicy próbuję go przeprosić, ale nie mogę złapać oddechu. Tylko jęczę z bólu. Myśli przewijają się jak kompilacja w przyspieszonym trybie: przecież za tydzień triathlon, znowu operacja barku?, ile zapłacę za beemkę?, nie mam na czym jechać na zawodach, a nie przecież nie mogę się podnieść – co ja myślę o tri?,  jak się dogadać z chłopem teraz?

– Przepraszam.
– Co mi po twoim przepraszam? Dzwonimy po policję!

Wiedziałem wtedy, że przyszedł czas na trzeźwe myślenie i dobre negocjacje. Policja nie przyjechała, po wizycie na SORze w szpitalu nie zostałem, a wieczorem kierowca do mnie dzwoni i mówi: „Karol c**j z tymi blachami, mów lepiej jak ty się czujesz. (…) Blacharze nie wierzyli, że to rowerzysta zrobił takie zniszczenia.”

Sprawdziłem potem ile Garmin pokazywał w momencie uderzenia. 42km/h to sporo jak na uderzenie w samochód jadąc rowerem. Zdjęcie nie do końca oddaje rzeczywistość, ponadto pognieciony był jeszcze bok. Wybaczcie, że nie włączył mi się fotoreporter w miejscu zdarzenia.

Po raz kolejny mój Anioł Stróż zadecydował, że będę miał dużo więcej szczęścia niż rozumu. Dziękuję!

Podobał Ci się ten artykuł?



Wszelkie prawa zastrzeżone przez rolewicz.pl