Bieganie w mróz. Nie ma się nad czym zastanawiać!

11 lutego 2012

Chciałem dzisiaj podzielić się z Wami dzisiejszym bieganiem w poranne minus 15. Chyba każdy ma jakiś ruch odrazowy, jak patrzy na termometr, a tam minus 15.. Tak, mi też na samą myśl o wyjściu na dwór robi się zimno, ale to, jak wszystko – można zwalczyć. Kwestia motywacji.

U mnie dzieje się to pod wpływem impulsu przeważnie. „Przełamię strach przed zimnem, idę!” – wtedy już nie ma odwrotu.. podłączam mp4 do komputera, żeby troszkę podładować i rozpoczynam poszukiwania odpowiednich ubrań. Ubieram bieliznę, lajkry, jedną koszulkę termoaktywną, na to bluzę i kolejną, na to jeszcze kurtkę, do tego spodnie (drugie już) oraz rękawiczki, czapkę + szalik.. mp4 mam w kieszeni, słuchawki na uszach i endomondo (aplikacja do mierzenia kilometrów, tempa etc.), spodnie podarte delikatnie, bo pies mnie ugryzł ostatnio… Przechodzę przez ulicę, włączam endo, pulsometr i jazde w uszach i ruszam, powietrze jest ostre, oddycha się ciężko. Szalik mam na nosie więc oddycham swoim dwutlenkiem węgla ( ; d). Naokoło świat jest wspaniały: wszystko białe, nawet powietrze jakieś mało przejrzyste.. tylko ci ludzie, idą jakby za karę, jakby musieli, są zmarznięci – nic dziwnego, ale dlaczego niektórzy chodzą bez czapki…?

Biegnę dobrym tempem, robi się coraz cieplej, bardzo przyjemnie w sumie. Patrzę na aplikację po raz pierwszy, już ponad 3 km, myślę sobie, że szybko zleciało.. Wybiegłem z parku i biegnę obok ulicy, mijają mnie samochody, ludzie w środku dziwnie na mnie patrzą, ale ich miny sporo wyrażają: „pogrzało go? O jaa, że mu się chce!” Tak to właśnie odczytuję – większość się dziwi. Tak w ogóle jak jadę samochodem i ktoś biegnie albo idzie z kijkami, a jest taka ekstremalna pogoda to trąbię, zwalniam i pokazuje mu kciuka w górę – wiem, że to motywujące! Zachęcam zmotoryzowane osoby, żeby też tak robiły – czaicie jakby taka moda była w Polsce? Hah..! Wróćmy do biegu, jest już 5 kilometr.. Zaczynam czuć, że wysoki puls, z którym biegnę od początku daje się we znaki… Skręcam powoli w stronę domu i czuje przeraźliwy ból, który się nasila, boli mnie lewy bark – miałem kilka zabiegów na nim, ale dlaczego akurat teraz…? Zaciskam zęby i biegnę dalej, ale nieco wolniej.. Po jakimś czasie ból odpuszcza, ale wieje wiatr, z oby dwóch stron pole więc ma prawo być zimno, na czapce i na szalu mam szron. Tak, to jest ten moment, gdy kończy się rekreacja, a zaczyna się trening, ten w którym potrzeba mocy i silnej woli, a poza tym.. im szybciej biegnę do domu, tym krócej będę na dworze, taka oczywistość. ; ) Biegnę między domkami, skończyły się wizualizacje i marzenia oraz planowanie, teraz raczej potrzeby z piramidy Maslowa krążą po głowie… Czapka już mokra i dosyć zimno się robi, ale nie uprzykrza to mocno biegu. Do mety ponad 2 kilometry, coraz bardziej myślę o tym, co zjem po bieganiu, hop! Jest dyszka.. Zdejmuję kolejne ubrania, wszystko mokre odkładam na linkę, jestem pod prysznicem, leci na mnie ciepła woda i mogę być po raz kolejny dumny, że pokonałem własne słabości. Zajebiste uczucie!

Też macie taką satysfakcję po treningu? Trenujecie na dworze w takim mrozie? A może nie biegacie i zastawiacie się czym się tak podniecam? ; )

Podobał Ci się ten artykuł?



Wszelkie prawa zastrzeżone przez rolewicz.pl