Nocny Bieg Świętojański – sukces, który dodał mi skrzydeł

28 czerwca 2015

Bieg Świętojański w Gdyni – czekałem na tę imprezę od momentu, gdy nie zrobiłem życiówki w Rulewie. Po prostu byłem głodny nowego sukcesu. A dlaczego? Bo pobicie własnego rekordu na danym dystansie to jak wgranie nowej, lepszej wersji oprogramowania do swojego mózgu. Dzięki swoim większym lub mniejszym działaniom stajesz się doskonalszą wersją siebie. To niesamowicie napędza – namacalne dowody na rozwój w konkretnej dziedzinie.

Kiedy na trening jest mało sił i czasu

Któż z nas nie ma czasem zapierdolu w pracy, w życiu czy na fejsie? Niektórzy mają nieustannie. Ja niestety nie miałem zbyt dużo czasu ani sił, żeby trenować tak konkretnie, na pełnej. Natomiast przez wiele lat nauczyłem się jak najlepiej dostosowywać do okoliczności. Skoro nie mam możliwości poświęcenia sporej ilości czasu na przygotowania to muszę przygotować się efektywnie. Jak się okazało wiedza, którą zebrałem przez ostatnie lata pozwoliła mi zrealizować cel w Gdyni. Dobra dieta przez dwa tygodnie przed startem pozwoliła mi zrzucić około dwóch kilogramów, a interwałowe treningi robił dobrą robotę skoro miałem na trening np. niecałą godzinę dziennie.

Najdziwniejszy bieg w życiu?

Zaparkowałem tak daleko od startu, że biegłem po pakiet startowy. Potem znowu do samochodu i chciałem stanąć bliżej startu, nawet przejechałem po chodniku, obok barierek, żeby poprosić pana chwdpejka, żeby mi pozwolił podjechać bliżej, bo za 5 min start, na co on mi tylko odpowiedział: „pan chyba, żartuje że pan tak wjechał?!”. Hmm nie zdziwiłem się… W końcu dotarłem na start jak już nikogo tam nie było. Startowały pojedyncze osoby, może z 5. Spiker zniesmaczonym głosem mówił:

„Wiele lat komentuję imprezy biegowe, ale chyba nigdy nie zrozumiem po co ludzie zwlekają na starcie. O co tym ludziom chodzi?”

Panie chodzi o to, że się spóźniłem na bieg. Dreszczyk emocji, włączam tryb zapierdalania. O kurwix na desce rozdzielczej żółte kontrolki. Pierwsza: nie ma którędy wyprzedzać. Druga: ciągnie cię dwugłowy – nie możesz biec szybciej. Szybka decyzja, schodzę z trasy. Ale nie po to, żeby zakończyć karierę tylko po to żeby wyprzedzać. Boję się, że gdy będę cisnął to coś mi się urwie w nodze więc cisnę, ale asekuracyjnie. Kibice nieco zdziwieni, że wszyscy biegną między taśmami, a ja za ich plecami, ale w Gdyni naprawdę nie ma innej możliwości. Były momenty, w których nie mogłem biec obok więc siłą rzeczy musiałem zwolnić. Dwójka odpuściła około 4. kilometra, nie miałem już wymówki, żeby nie pobiec na rekord!

Taktyka biegu była prosta: biec z narastającą prędkością od początku do końca. No cóż zrobiłem to po profesorsku, ale skąd miałem tyle siły żeby nie zwolnić na Świętojańskiej skoro nie robiłem żadnych podbiegów. Z głowy jedynie.

narastajaco

Końcowe kilometry na bulwarze znowu między kibicami, ale ostatnia prosta to była patologia biegania. Miałem moc, żeby wyśrubować czas, ale kompletnie nie miałem miejsca na wyprzedzanie. Miejsce między uszami wypełniła narastająca frustracja. Potem był moment, że można było przycisnąć, ale to tylko jakieś 150 metrów.

Wbiegłem na metę, zerknąłem na Garmina i byłem przeszczęśłiwy. Po prostu zrobiłem 1/5 celu sportowego na ten rok. Jest nowy rekord życiowy na 10 km – 45:07.

nowa_zyciowka

Teraz ciśniemy dalej. Kolejne zadanie: życiówka na 1/4 Ironmana w Bydgoszczy. Już za dwa tygodnie!!

Podobał Ci się ten artykuł?



  • Katarzyna Marciniuk

    Gruuubooo 45 min!!! :O

    • Dzięki, jakieś przeczycie mówi mi, że na Twoich terenach zrobię jeszcze lepszy czas, może nawet w tym roku ; ))

Wszelkie prawa zastrzeżone przez rolewicz.pl