Godzina 7:20 – wtorek, 13 września, właśnie miałem czekać na przydzielenie sali szpitalnej. Pewnie dziś miałbym robione badania kontrolne, jutro poszedłbym „pod nóż”. Nawiercenie kości, kotwa restabilizująca, która łączy ścięgna gdzieś tam w obręczy barkowej. Jakoś tak mi to lekarz opowiadał, wypytywany co i jak.

Potem zostałoby już tylko 2,5 miesiąca noszenia barku unieruchomionego i 4 miesiące rehabilitacji. Oczywiście nie w ramach ubezpieczenia zdrowotnego, bo wtedy termin byłby najszybciej pod koniec 2017 r.. Nie trzeba być po Akademii Medycznej, by domyślać się, że rehabilitacja rok po zabiegu pozbawiona jest jakiegokolwiek sensu. W najoptymistyczniejszym scenariuszu (gdyby zabieg poszedł zgodnie z planem, wykupiłbym usługi u fizjo) wracałbym do uprawiania sportu za jakieś 7 miesięcy, ale… czy ja Wam wyglądam na gościa, który potrzebuje teraz takiego zabiegu?
W ostatnich dziesięciu latach mój lewy bark, w różnych okolicznościach wypadał ze swojego miejsca pięciokrotnie. Za każdym z tych pięciu razy składano mnie pod narkozą – lekarz (a przynajmniej taką mam nadzieję) nastawiał mi ten bark na sali operacyjnej. Historia w ogóle na inny wpis. Gdyby ktoś za pierwszym razem uświadomił mi, że warto przeprowadzić dobrą rehabilitację, to pewnie nie byłoby drugiego razu. Gdyby młodość wiedziała, a starość mogła…
Gdzieś głęboko w środku czuję, że w aktualnym momencie mojego życia to dobra decyzja. Podjąłem ją po konsultacji z osobami, które mają wiedzę na ten temat. Wykształconymi fizjoterapeutami pracującymi w zawodzie, a także znajomymi, którzy mieli podobne problemy. W tym miejscu dziękuję za pomoc w postaci dobrej rady i poświęcony czas na uświadamianie mnie.
Plany na jesień mocno się zmieniły. Czytający poprzednie wpisy wiedzą, w którym obszarze mam największy niedosyt… ; )

Czy we wpisie coś Ci się podobało? Daj pięć gwiazdek.

Spodobał Ci się wpis? Mam jeszcze więcej wartościowej wiedzy dla Ciebie.
Dowiaduj się o nowych wpisach przed wszystkimi.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o