Bieg Świętojański na 10 km w Gdyni. Niewidzialna ręka zabrała mi życiówkę

20 czerwca 2016

Bieg Świętojański na 10 km jest wyjątkowy, bo rozpoczyna się o 23:59 i można podziwiać uroki Gdyni z perspektywy nocy. W tym roku było to wyjątkowo umilone przez aurę. Wiatr, który był tak silny, że gdyby wiał w plecy można byłoby ubrać kurtkę i latać zamiast biegać. Występujący w parze z zacinającym deszczem tworzyły wspaniałe warunki do… siedzenia w ciepłym domu, a nie biegania po nocach i wracania o 4:00 150 kilometrów w chatę.

Cały dzień źle się czułem, przemokłem i zmarzłem przed biegiem i mógłbym tak dalej wymieniać te głupie wymówki. Postanowiłem jednak ustalić ze swoją głową, że od pierwszego kilometra biegniemy ponad siły i poprawiamy życiówkę o 40 sekund względem tej zrobionej w lutym. Czułem się dużo gorzej niż  w Biegu Europejskim, ale chęć osiągnięcia kolejnego sukcesu była silniejsza. Na tyle mocno chciałem być lepszą wersją siebie,  że nie pobiegłem taką taktyką jak zawsze.

Ogień od początku
Stwierdziłem, że 10 km to dystans sprinterski i można go zrobić na pełnej od początku do końca. Organizm odpowiedział mi bólem lędźwi na drugim kilometrze, mięśnia dwugłowego uda na czwartym. Przyzwyczajony jestem, że na zawodach mnie czasem coś bardziej lub mniej boli, ale to co wydarzyło się na kolejnych kilometrach to absolutna nowość. Około szóstego kilometra gdzie już wreszcie wiatr nie wiał od przodu i nie było pod górkę, a więc teoretycznie lżej, niewidzialna ręką ścisnęła mi wnętrzności na tyle mocno, że nie mogłem zaczerpnąć powietrza. Jakby jakaś siła zadecydowała: „Karol możesz oddychać na 40%”, a potem jeszcze: „masz blokadę na prędkość z jakąś się poruszasz”. Miewałem parę razy, że mnie odcinało, że nie mogłem, że się zasapałem, ale tym razem to czułem się jak w sidłach czarnej mocy. Próby przełamania tego impasu kończyły się bólem pod klatką piersiową. Jedyne co mogłem zrobić dla świata na ten moment to biec z boku, żeby dwa miliony biegaczy mogło mnie spokojnie wyprzedzić. Po prostu doczłapałem się do mety w czasie 2 minuty 35 sekund gorszym od obecnej życiówki i ponad 3 minuty później niż zamierzałem, a resztę refleksji uwieczniłem na filmie:

Podobał Ci się ten artykuł?



Wszelkie prawa zastrzeżone przez rolewicz.pl