Bydgoszcz Triathlon 2016. Pierwszy raz życiówka była nieważna

13 lipca 2016

Leżąc osiem dni wcześniej pod beemką nie sądziłem, że tydzień później będę w stanie wystartować w Bydgoszcz Triathlon. A jednak szereg działań leczniczo-masażowych pozwolił na ambicji i na ketonalu wskoczyć do glonowatej Brdy, by walczyć o przetrwanie, ale poniżej 3 godzin. Tak, chyba nie umiem sobie nie narzucić jakiegokolwiek celu. Ustaliłem ze swoją głową, że czas poniżej 3 godzin będzie sukcesem, ale jeśli będzie mocno bolało, to na pewno nie będę robił tego za cenę zdrowia.

SONY DSC

Pływanie jest dla mnie nieokiełznaną i enigmatyczną stroną tri więc zawsze stanowi wyzwanie, ale tej niedzieli, kiedy ból sprawiało zakładanie pianki wiedziałem, że będzie… wyjątkowo. Pływanie pod prąd w Brdzie to trochę jak wchodzenie w galerii po ruchomych schodach, które poruszają się w dół.  Czas gorszy od tego z zeszłego roku, o 25 sekund powoduje we mnie przypływ radości, który trwa do momentu, w którym zamek od pianki się zaciął. Dziękuję wolontariuszom za pomoc, dobrze że nie walczyłem o życiówkę, bo tą straconą minutę nadrabiać na bieganiu to nie uśmiechałoby mi się.

Na etapie rowerowym cieszyło mnie najbardziej to, że rower dobrze jedzie. W pierwszym momencie wydaje się to śmieszne, ale tydzień temu naprawdę nie miałem czym pokonać trasy kolarskiej. Zakup kół i dobry serwis pomogły – jakbym był w takim stanie jak mój bike, to bym śmignął życiówkę. Przejechałem 45 kilometrową trasę raczej asekuracyjnie, praktycznie cały rower kalkulowałem. Wiedziałem, że to nie dzień na ambitne zrywy, jechałem 3 minuty dłużej niż rok temu i wybiegając na trasę biegową wiedziałem, że muszę przebiec prawie 11 kilometrów poniżej godziny.

SONY DSC

Na początku było lepiej niż się spodziewałem, pierwsza myśl, jaka wpadła do bańki: „pociśnij! tak lekko ci się biegnie! Wyprzedzaj!”. Doświadczenie jednak wzięło górę nad ułańską fantazją, jak pokazało triathlonowe życie – słusznie. Z każdym kilometrem byłem coraz słabszy, górka pod koniec pętli po prostu była dla mnie zabójcza. To, że nie jestem w wymarzonej formie wiedziałem już przed zawodami więc pozostało mi walczyć na poziomie mentalnym. Jak się okazało ze skutkiem pozytywnym.

Cel osiągnięty – czas: 2:57. Na mecie medal i wszyscy bliscy, którzy kibicowali całą trasę. Mieć taką rodzinę to skarb. Nigdy nie byłem i nie wyobrażam sobie samemu być na zawodach. To niesamowite ile energii Ci ludzie zostawiają obliczając gdzie mają stać, o której godzinie, a przede wszystkim przemieszczając się po wszystkich trasach, by pokibicować, zrobić zdjęcia, nagrać pamiątkowy filmik. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, kto jest bardziej zmęczony po zawodach. Ja czy ONI. Dziękuję!

Podobał Ci się ten artykuł?



Wszelkie prawa zastrzeżone przez rolewicz.pl