Bydgoszcz Triathlon 2016. Pierwszy raz życiówka była nieważna

Leżąc osiem dni wcześniej pod beemką nie sądziłem, że tydzień później będę w stanie wystartować w Bydgoszcz Triathlon. A jednak szereg działań leczniczo-masażowych pozwolił na ambicji i na ketonalu wskoczyć do glonowatej Brdy, by walczyć o przetrwanie, ale poniżej 3 godzin. Tak, chyba nie umiem sobie nie narzucić jakiegokolwiek celu. Ustaliłem ze swoją głową, że czas poniżej 3 godzin będzie sukcesem, ale jeśli będzie mocno bolało, to na pewno nie będę robił tego za cenę zdrowia.

SONY DSC

Pływanie jest dla mnie nieokiełznaną i enigmatyczną stroną tri więc zawsze stanowi wyzwanie, ale tej niedzieli, kiedy ból sprawiało zakładanie pianki wiedziałem, że będzie… wyjątkowo. Pływanie pod prąd w Brdzie to trochę jak wchodzenie w galerii po ruchomych schodach, które poruszają się w dół.  Czas gorszy od tego z zeszłego roku, o 25 sekund powoduje we mnie przypływ radości, który trwa do momentu, w którym zamek od pianki się zaciął. Dziękuję wolontariuszom za pomoc, dobrze że nie walczyłem o życiówkę, bo tą straconą minutę nadrabiać na bieganiu to nie uśmiechałoby mi się.

Na etapie rowerowym cieszyło mnie najbardziej to, że rower dobrze jedzie. W pierwszym momencie wydaje się to śmieszne, ale tydzień temu naprawdę nie miałem czym pokonać trasy kolarskiej. Zakup kół i dobry serwis pomogły – jakbym był w takim stanie jak mój bike, to bym śmignął życiówkę. Przejechałem 45 kilometrową trasę raczej asekuracyjnie, praktycznie cały rower kalkulowałem. Wiedziałem, że to nie dzień na ambitne zrywy, jechałem 3 minuty dłużej niż rok temu i wybiegając na trasę biegową wiedziałem, że muszę przebiec prawie 11 kilometrów poniżej godziny.

SONY DSC

Na początku było lepiej niż się spodziewałem, pierwsza myśl, jaka wpadła do bańki: „pociśnij! tak lekko ci się biegnie! Wyprzedzaj!”. Doświadczenie jednak wzięło górę nad ułańską fantazją, jak pokazało triathlonowe życie – słusznie. Z każdym kilometrem byłem coraz słabszy, górka pod koniec pętli po prostu była dla mnie zabójcza. To, że nie jestem w wymarzonej formie wiedziałem już przed zawodami więc pozostało mi walczyć na poziomie mentalnym. Jak się okazało ze skutkiem pozytywnym.

Cel osiągnięty – czas: 2:57. Na mecie medal i wszyscy bliscy, którzy kibicowali całą trasę. Mieć taką rodzinę to skarb. Nigdy nie byłem i nie wyobrażam sobie samemu być na zawodach. To niesamowite ile energii Ci ludzie zostawiają obliczając gdzie mają stać, o której godzinie, a przede wszystkim przemieszczając się po wszystkich trasach, by pokibicować, zrobić zdjęcia, nagrać pamiątkowy filmik. Ciężko jednoznacznie stwierdzić, kto jest bardziej zmęczony po zawodach. Ja czy ONI. Dziękuję!